Zarażeni samotnością

Często mówimy: „Mnie problem samotności nie dotyczy, ja mam żonę czy dziewczynę, grono znajomych”… Rozmowa z Wojciechem Kruczyńskim, psychologiem i psychoterapeutą, autorem książki „Wirus samotności”.
A.G.: – Pod jakimi postaciami i uczuciami – poza oczywistym osamotnieniem osoby pozostającej bez rodziny, partnera czy przyjaciół – ukrywa się jeszcze nasza samotność. Jakie są jej inne objawy?
Wojciech Kruczyński: Samotność to niemożność bycia blisko z drugą osobą. Nie być blisko można na bardzo wiele sposobów. W związku partnerskim nie liczy się sam fakt, że się z kimś jest, zaspokajając pewne stereotypy czy oczekiwania społeczeństwa. Bycie w związku opiera się na bardzo ważnej wymianie emocjonalnej, nawet – duchowej. To jest coś tak niezbędnego w życiu człowieka, że jak tego brakuje, zaczynamy szukać, odczuwamy ciągłe „ssanie”, ogólną niewygodę. Takie właśnie odczucia nieokreślonego braku, niewygody w życiu mogą być już sygnałem, że jesteśmy „zarażeni”.

Za tym niedosytem idzie poszukiwanie sposobów na złagodzenie dręczącego nas poczucia bezsensu i braku przyjemności w życiu. I tu otwiera się furtka do różnego typu zachowań mających zapełnić wewnętrzną pustkę, które często przeradzają się w nałogi: internet, zakupoholizm, alkoholizm i różne inne „izmy”… W tym często ostatnio spotykany seksoholizm, który polega na przedmiotowym wykorzystaniu innego człowieka i buduje relacje oparte na zupełnym przeciwieństwie bliskości. Inny przykład: moda, która przyszła do nas z USA – „randka w ciemno”, „randka w trzy minuty”, z dotykaniem, ale bez seksu – objaw tego, że ludzie źle się czują sami ze sobą, poszukują bliskości drugiej osoby, ale nie umieją i boją się zaangażować.

– Często mówimy: „Mnie problem samotności nie dotyczy, ja mam żonę czy dziewczynę, grono znajomych”…
W.K.: Zdarza się, że ktoś z pozoru szczęśliwy – w każdym razie mający rodzinę, pracę itd. – czuje się ciągle zmęczony i przytłoczony zbyt dużą ilością obowiązków. To uczucie częściej spotyka kobiety, które mają tendencje do przyjmowania całej odpowiedzialności za bliskich. Jednak ciężar tej odpowiedzialności je przerasta. Takie kobiety „nie wiadomo dlaczego” często łapią stany depresyjne. I co ciekawe, one zazwyczaj nie łączą tego ze związkiem, czy rodziną, które w ich świadomości są bez wad – raczej uważają, że to z nimi jest coś nie w porządku. Osoby te z reguły są otoczone ludźmi, mają wiele kontaktów, „przyjaciół”, znajomych. Jednak gdy się im przyjrzeć z bliska, okazuje się, że te relacje są jednostronne i polegają na wykorzystywaniu ich skłonności do poświęcania się. W rezultacie odczuwają nieustanne zmęczenie. Nagle, któregoś dnia, nie mogą wstać z łóżka i zaczyna się, znienacka nawet dla nich samych, prawdziwa depresja.
– Na tym przykładzie dobrze widać, że samotność to nie brak innych ludzi, ale brak prawdziwej bliskości.
W.K.: Tak. Może ona istnieć również w związku, w którym jedna ze stron jest bardziej wykorzystywana.

– Pisze Pan o tym, że stworzeni jesteśmy do bycia w bliskości z innymi. A co z ludźmi, którzy twierdzą, że świadomie wybierają samotność, bo to jest ich sposób na życie i tylko tak czują się szczęśliwi? Czy to maska mająca ukryć nawet przed nimi samymi faktyczną samotność?
W.K.: Tak, to jest jedna z częstszych masek, które spotykam w mojej praktyce psychoterapeutycznej: „Dobrze jest jak jest, mam psa, jestem niezależny, nie chcę nic więcej”. U podstaw takiego zachowania często kryje się nieuświadomiony uraz do innych ludzi, brak zaufania, złość, poczucie niedocenienia, odrzucenia itp. Taki człowiek rzeczywiście wybiera samotność, bo nie chce narażać się na przykre odczucia. Tylko że jest to wybór negatywny tzw. mniejszego zła, bo zwykle ludzie są mu bardzo potrzebni, ale zrażeni jego krytyczną i nieufną postawą, unikają go. Co innego człowiek samotny, ale spełniony, bez destrukcyjnych doświadczeń, za to pełen dobrych uczuć. Taki ktoś przyciąga ludzi…

– …i wtedy zapewne – atrakcyjny jako potencjalny partner – nie pozostaje długo samotny…
W.K.: Dokładnie tak. Tacy ludzie są zwykle w centrum zainteresowania i szybko znajdują partnera.

– Ich dotyczy opisane przez Pana w książce pojęcie dobrej samotności. Co to takiego „dobra samotność” i jak ją odróżnić od tej złej?
W.K.: Dobra samotność to „wyspy” w życiu – ona nie może trwać ciągle. Wymaga dużej świadomości, że jestem w stanie być z kimś bardzo blisko, że jestem godny bycia z drugą osobą i to lubię. Inaczej mówiąc, żeby móc przez jakiś czas trwać w dobrej samotności, trzeba najpierw doświadczyć bliskości. Ten rodzaj samotności wybieramy świadomie – a nie jesteśmy na nią skazani – pozostając w pełnej otwartości na ewentualny związek.- Pomówmy o „sztucznej piersi” – jak nazywa Pan zastępcze działania mające zapełnić uczucie pustki. Często przybiera ona postać pasji, zamiłowania. Wiele osób mogłoby zaprotestować: „Czy to, że np. pasjami sklejam modele, od razu musi oznaczać, że coś maskuję, jestem nieszczęśliwy i samotny?”.
W.K.: Ja wcale nie neguję, że są ludzie, którzy w skuteczny sposób mogą się odizolować, realizując swoje pasje, bez szkody dla relacji z innymi. Ważne jest zachowanie proporcji. Jeśli mojego hobby jest coraz więcej, jeśli staje się niezbędne do życia, to oznacza, że odczuwam wewnętrzny głód, niezaspokojenie, które w ten sposób próbuję zagłuszyć.
Innym pośrednim objawem toczącego nas wirusa samotności jest stan naszego zdrowia. Mamy rodzinę, fajne hobby i wszystko jest OK, ale coraz częściej się przeziębiamy, męczą nas różne dolegliwości i ogólnie coraz gorzej się czujemy… To są też symptomy, że coś w naszym życiu nie gra. Chociaż z drugiej strony nie można z tym bezustannym przyglądaniem się sobie przesadzać…

– Kiedy istnieje ryzyko, że zaczynamy szukać dziury w całym? Czasami zdrowie może się pogorszyć, możemy mieć przejściowe kłopoty w pracy i nie zawsze to musi oznaczać bardziej złożony problem…
W.K.: Każdemu zdarza się chwilowy gorszy okres w życiu i należy go najnormalniej przeczekać. Trzeba się obserwować. Jeśli zły nastrój nie mija, jeśli się zbyt długo utrzymuje albo nawet pogarsza – to znaczy, że przyczyna tkwi głębiej.
Często dzieje się też tak, że hobby i praca wystarczają do 30. czy 40. roku życia, a potem zaczynamy odczuwać upływ czasu. Podsumowujemy i oceniamy nasze życie, co do tej pory osiągnęliśmy, co jeszcze powinniśmy zrobić – to też jest sygnał zbliżającego się czy istniejącego już kryzysu. I wtedy dobrze by było, gdyby taka osoba trafiła do psychologa i mogła w jego obecności przyjrzeć się swoim odczuciom.

Większość problemów z samotnością wynika z zaburzeń w relacjach, jakie mieliśmy w dzieciństwie z rodzicami. Namawia Pan do odkrycia i nazwania uczuć, jakie mieliśmy jako dzieci w stosunku do rodziców, a także do odczucia i wyrażenia złości na nich za to, że kiedyś nas skrzywdzili. Czy nie wystarcza samo zrozumienie mechanizmu, skąd pochodzą nasze problemy?
W.K.: Czasami wystarcza. Daje nam możliwość wyboru: poznajemy pewien schemat, w którym nam jest niedobrze i możemy go ominąć. Z drugiej strony utrwalone jeszcze w dzieciństwie wzorce zachowania pojawiają się zwykle w sytuacjach, kiedy działamy pod wpływem emocji np. w stanie zakochania, fascynacji. Wtedy trudno jest myśleć zdroworozsądkowo i najłatwiej wpaść w pułapkę schematu. Jeśli namawiam na złoszczenie się, to nie chodzi mi o wykrzyczenie matce w twarz swoich żalów, zresztą nie każdy ma taką możliwość – chodzi raczej o dopuszczenie do świadomości, że matka mnie nie przytulała, nie reagowała w porę na moje potrzeby (mogła być w pracy, to nie ma znaczenia) i rozpoznanie uczuć, jakie ta wiedza w nas wzbudza. Ważne jest, by umieć zauważyć u rodziców wady, działania, którymi nam zaszkodzili, i umieć się na to złościć. To pomoże później w relacjach z innymi ludźmi, które mogą być potencjalnie niszczące albo niewygodne, zauważyć ten sam mechanizm i w odpowiednim momencie postawić granicę. Złość w ogóle służy do samoobrony. Czasami w kontakcie z drugim człowiekiem doświadczamy dziwnych stanów np. boli nas głowa czy brzuch. Organizm sygnalizuje, że coś w naszym stosunku do tej osoby jest nie tak. Im więcej mamy dostępu do swoich uczuć, w tym do złości, tym lepiej umiemy selekcjonować ludzi, z którymi czujemy się dobrze.

– Czy to znaczy, że emocje, których doświadczamy, gdzieś się w nas odkładają, i nieprzeżyte należycie dają o sobie znać w nieoczekiwanych momentach?
W.K.: Dokładnie tak. Jeśli z różnych powodów nie mogłem się na rodziców złościć, bo byli nieobecni albo apodyktyczni, to z obawy przed odrzuceniem nauczyłem się tłumić emocje. Wtedy relacja z rodzicami pozornie jest dobra, a złość trafia w inne osoby. Rodzice pozostają idealni, ale inni ludzie są źli. Często cierpi na tym związek. Porównujemy partnera z rodzicami i okazuje się, że partner nie dorasta do ich idealnego obrazu. Jedna z ważnych prawd psychologicznych mówi: Jeśli mam odłożone negatywne emocje i spotykam się z sytuacją podobną do tej, która w przeszłości wywołała te emocje – reaguję we wzmożony sposób, wybuchając często zupełnie nieadekwatnie do wagi zdarzenia. Taki wybuch trafia w konsekwencji w partnera w postaci słów: „A ty zawsze…, a ty nigdy…”, choć tak naprawdę odnoszą się one do naszych relacji z rodzicami. Psychoterapia polega na tym, żeby nauczyć się odróżnić, które uczucia do kogo są skierowane i reagować adekwatnie do sytuacji. Co nie znaczy, że nie mamy się złościć na partnera w ogóle. Wręcz przeciwnie, związek nie jest sielanką: zdarzają się spięcia i nieporozumienia. Partner nie zna nas przecież perfekcyjnie i czasami działa w sposób, który nas denerwuje. Wtedy przydaje się umiejętność wyrażenia złości – jest ona konstruktywna, jest drogą do dogadania się i do bliskości.

Rozmawiała Aleksandra Grzyb

Reklamy
This entry was posted in Irenka.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s